
czy to ja się starzeję, czy ten świat zaczął nagle nadążać za moim gustem? od kilku lat, wręcz programowo nie słuchałem muzyki tak zwanego: głównego nurtu. nie kupuję płyt, które leżą w empiku tylko z mozołem, staram się zamawiać rzeczy, które wprowadzają w zdumienie nawet koneserów gatunku. ot taki urok mój, który, aż dziw bierze, nie wywodzi się z pobudek snobistycznych, a ze szczerej radochy słuchania np. binarpilot, John Callaghan, Paniq, psilodump, Edward Cufaude, Krusty, Retrospecter, Cobol Pongide, Hallo Peter, Mister Electric Demon, Lab 7, eliot ness, The Fuze, Saelynh, Dorothy's Magic Bag, Nehoryn itd.
no i nagle kontem ucha wpadły mi dwa kawałki w radio. pierwszy o tytule "better" drugi "magnificent". i wszystko układałoby mi się w tej łepetynie, gdyby nie to, że pierwszy to Guns and Roses (uwaga, srogo ciotowaty pokaz slajdów na youtube) a drugi U2. (kawałek oficjalnie jeszcze jest nie do zdobycia. ale puszczają go w radio. w radio, a nie w zetce albo tym żółtym gównie na r.) te dwa obciaszne dla mnie wcześniej składy dziadków, nagrały piosenki ( U2 nawet cały pyszny album ), które mnie wgniotły w podłogę. albo świat idzie ku lepszemu, albo dla mnie pora już umierać. Gunsy grają wręcz jak Down. nie jestem pewien czy nie pomaga im teraz buckethead (który już użyczał kiedyś spluwom swojej gitary) jestem wstrząśnięty.
nowe The Prodigy też dają radę.




